Punktualność nie jest mocną stroną Urugwajczyków. Już wiem, że kiedy się z nimi umawiam, muszę wziąć poprawkę 15-30 minut. Pierwszy raz przekonałam się o tym na zebraniu rodziców w szkole. Miało się rozpocząć o 19, wpadłam do klasy w ostatniej, jak mi się wydawało, chwili i tak sobie siedzieliśmy z nauczycielem sami jeszcze przez 10 minut.
Kilka razy byłam umówiona z lekarzem na godzinę 8 rano i czekałam przed drzwiami i na recepcjonistkę i na lekarza. To jest w dodatku tak tu powszechne, że nikt nikogo nie ma nawet zamiaru przepraszać ani się tłumaczyć.
Ale najlepsze spotkało nas w pewną sobotę. Byliśmy zaproszeni na ślub na godzinę 12.15. Kupiliśmy wielki bukiet kwiatów, po dwunastej zajęliśmy miejsce w ławce i stwierdziliśmy, że ten ślub dość kameralny...
Kościół wypełniał się bardzo powoli. Kiedy fotografowie zaczęli ustawiać sprzęt, wyjęliśmy zaproszenie, sprawdziliśmy jeszcze raz adres, datę i godzinę, ale wszystko się zgadzało.
Doszliśmy do wniosku, że może ślub zacznie się o 12.30. O 12.45 zrozumieliśmy, że chyba jednak o 13. Kiedy o 13 panna młoda weszła w końcu w uroczystej procesji do kościoła, synek zapytał nas, czy to już wreszcie koniec! Później okazało się, że według tutejszej tradycji panna młoda każe na siebie czekać panu młodemu. Nie tylko jemu, jak widać!!!
A kwiaty położyliśmy na bocznym ołtarzu, bo nikt z 300 obecnych osób nie miał bukietu dla państwa młodych…